Na grzyby

Środa, dzień wolny. Postanowione, jedziemy na grzyby. Wsiadamy do pociągu ŁKA i ruszamy do Swędowa: ja, Cezary i Mona.

Wysiadamy w Swędowie i ruszamy. Przed nami pół kilometra drogi przez wieś. 

Docieramy do lasu i lipa – las zamknięty. 

Sprzątanie po Ksawerym i sierpniowych wichurach. Cezary chciał wracać, ale wystarczyło krótkie spojrzenie na mapę i mamy drogę do lasu. Docieramy do końca ulicy Podleśnej, przed nami podmokła łąka i jak się okazało rów melioracyjny, płytki ale błotnisty, w którym prawie zgubiłem buta. Trochę patyków i mamy mostek, udało się przejść. Ale tu zaczęły się schody: takich gąszczy i chęchów nigdy nie przechodziłem. Cóż, ruszyliśmy dalej. Ja prowadziłem, a raczej Mona, bo ma cztery łapy, z tyłu szedł Czarek. Przecieraliśmy szlak przez haszcze, zwalone drzewa, trawersowaliśmy wąwóz i po około 600 metrach trafiliśmy na ubitą drogę, jeszcze kawałek i byliśmy na miejscu, które odwiedziliśmy w kwietniu. Piękne zakole rzeki Moszczenicy. 


Po tych 800 metrach czułem się jak po ośmiu kilometrach. Obóz założony. Kubek gorącej herbaty i gryz kiełbasy ze świeżym chlebem postawił nas na nogi. Potem poszedłem na grzyby. Połazić, poruszać się. 



Grzybobranie można zaliczyć jako udane, udało się nam znaleźć cztery grzyby, ale jeden z nich nadawał się do konsumpcji.

Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, pojęliśmy, postrzegaliśmy z procy, testowaliśmy różne sposoby rozpalania ognia, różne typy podpałek. 

Na koniec skonsumowałem chleb z drzemem  i ruszyliśmy z powrotem, ale już leśną drogą. Zdążyliśmy na pociąg, dobrze, bo czekalibyśmy ponad godzinę na kolejny.

Chciałoby się taki wypad, niekoniecznie tak odległy, powtarzać raz na tydzień, bo świetnie się po nim śpi i daje niezły zastrzyk energii do pracy i resetuje psychikę.

Idźcie do lasu. To naturalny antydepresant. Powietrze przesycone naturalnymi olejkami eterycznymi leczy układ oddechowy i psychikę.

W dupę z miastem!









Reklamy